Czego dowiesz się sam, tego się nauczysz!

Linux w szkole

Stan wyjściowy

Byliśmy w tej dobrej sytuacji, że otrzymaliśmy w sumie trzy pracownie internetowe w ramach "Pracowni komputerowych dla szkół" EFS. Każda z pracowni składała się z 14 komputerów i serwera: SBS 2000 (pierwsza) i SBS 2003 (druga i trzecia). Po pierwszej, w której na maszynach uczniowskich działał Windows 2000 pozostało wspomnienie, dwie pozostałe z systemami Windows XP funkcjonują nadal, ale... system ten powoli wychodzi z użytku. Aktualizacje nie wchodzą w grę: Windows Vista – przemilczmy..., Windows 7 – względy sprzętowe i finansowe, Windows 8 – porażka.

Serwery SBS, aczkolwiek pracowały, to w codziennym użytkowaniu jako serwery dostępowe do internetu dla całej szkoły, sprawiały wiele irytujących problemów, m.in. baaardzo wolne działanie interfejsu w trybie graficznym, przeładowanie preinstalowanym oprogramowaniem (pełna wersja pakietu Nero zainstalowana na sewerze(!) – co za inteligencja), które i tak nie było wykorzystywane, a którego nie dawało się odinstalować, brak wygodnego mechanizmu filtrowania dostępu do treści w internecie, wreszcie kosmicznie długie restarty, długie ładowanie się systemów w domenie na stacjach roboczych oraz last but not least bardzo długie aktualizacje. Zainstalowanie oprogramowania antywirusowego (dowolnego) zamulało stacje do końca. Oczywiście niektóre ograniczenia dawało się obejść, ale z wygodą nie miało to nic wspólnego.

Oprócz pracowni szkoła pozyskała komputery do centrum multimedialnego, czyli w praktyce w naszym przypadku  do szkolnej biblioteki. Niestety wszystkie opisane powyżej niedogoności, a także koszmarna wręcz prekonfiguracja systemów, skutecznie uniemożliwiały komfortowe korzystanie z tych maszyn. Zarządzanie zaś nimi (instalacja, aktualizacja programów i systemu, ochrona szkolnej sieci(!)  przed wirusami, roznoszonymi na potęgę przez uczniowwskie pendrivy) była koszmarem czasowym i wydajnościowym.

Poza problemami związanymi z oprogramowaniem, dostarczane pracownie były bardzo słabej jakości sprzętowej, zaoszczędzono na płytach głównych, czytnikach CD/DVD, a zwłaszcza zasilaczach (generalnie po 5-6 latach, akurat(!) po okresie gwarancji, do wymiany).

Zmiana

Mamy 2013 rok, MEN nie dość, że kompletnie zdyskretowało informatykę w nowej podstawie (i to o zgrozo wtedy, kiedy w międzyczasie utworzono MAC (Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji), a także Radę Informatyzacji), również, co gorsze, ciągle zrzuca odpowiedzialność za stan szkół na samorządy. Te z kolei nie liczą się z idealistycznymi postulatami, tylko liczą pieniądze i brutalnie tną koszty. W sumie szkoły znalazły się, albo znajdą się w sytuacji, w której nie będą miały pieniędzy na aktualizacje systemów i oprogramowania. Zresztą, w zasadzie dlaczego szkoły (czytaj: podatnicy) powinny płacić za takie rzeczy? Dlaczego miałyby napełniać kieszeń amerykańskiej spółki? Odpowiedź zna MEN :-)

Windows 2000 umarł śmiercią naturalną, XP dogorywa, Vistę pomińmy milczeniem, 7-mka droga i wypierana przez 8-mkę, która chce z użytkownika uczynić małpę, niedługo będzie nie-wiadomo-co, czyli Blue itd. Chiński pochód... Podbnie z Officem, który wkroczył w erę 365. Jak na tym pracować? A jak uczyć? A za co? I dlaczego finansować dobrego wuja Sama?

Rozwiązanie jest proste i w zasięgu ręki, a w zasadzie... myszki. Linux. Na tyle prosty(!) i udokumentowany(!), że nawet niespecjalista sobie poradzi (poza I-kalekami). Dystrybucji jest na pierwszy rzut oka wiele, ale to złudzenie. W praktyce jest klika źródłowych, a reszta to pochodne.

Implementacja

Na początku było więc Ubuntu 8.04, a później 10.04, w pracowni informatycznej i centrum multimedialnym (czytelnia przy bibliotece), zainstalowane obok Windowsa XP, króry stopniowo odchodził w zapomnienie. Od początku było szybciej i bezpieczniej. Koniec z dylematem, jakiego antywirusa zainstalować. Koniec z infekcjami z uczniowskich kluczy USB. Koniec z wpatrywaniem się w ekran i czekaniem aż pobrane zostanie oprogramowanie i hotfiksy do aktualizacji. Koniec ze żmudnym aktualizowaniem poszczególnych składników (np. przeglądarka czy czytnik PDF). Wystarczyło kilka komend przez ssh i w kilkanaście minut wszystko jest gotowe.

Niestety od Ubuntu 12.04 Canonical przestał być zadowalająco stabilny (!) i szybki, i nie chodzi tylko o nowy interfejs. W związku z tym zamiast Ubuntu pojawił się na jednej maszynie Debian testing, a na drugiej Arch Linux (w postaci dystrybucji Bridge). Po testach okazało się, że jeden i drugi wybór sprawdza się doskonale, tzn. stabilnie(!), ale szybszy jest jednak Arch. Oczywiście z lekkim środowskiem XFCE. Teraz można pracować, od czasu do czasu, czyli np. raz na miesiąc aktualizować i mieć dostęp do najnowszych wersji oprogramowania.

Aktualizacja: Obecnie (rok szkolny 2014/15) w pracowniach korzystamy z Debiana Jessie, na komputerach szkolnych jest Debian Wheezy, w bibliotece Debian Wheezy i Arch Linux. Druga rzecz: Xubuntu w wersji 14.04 znowu jest udaną dystrybucją i bez problemu obsłuży zarówno starsze, jak i nowsze maszyny.

W międzyczasie jeden z serwerów, SBS 2003 z 2005 roku padł (płyta główna) i to ten, przez który prawie cała szkolna sieć łączyła się ze światem. Tymczasowo sprawę rozwiązał router, ale jak wiadomo, mimo wielu możliwości nie są to urządzenia tak elastyczne jak serwery. Docelowo rolę przejęło Ubuntu 12.04 LTS Server zainstalowane na nowej jednostce za 1200 zł. (Notabene, z perspektywy wykorzystania zasobów patrząc, spokojnie można było wydać mniej.) Instalacja banalnie prosta, konfiguracja również. I działa pięknie. Nareszcie uruchomienie lub restart, jeżeli już jest potrzebny, trwa minutę, a nie 15, nareszcie można łatwo zarządzać filtrowaniem treści (squid + dansguardian), przeładowanie usługi nie trwa nieskończoność, nareszcie aktualizacja trwa kilka chwil, a nie wieki itd. itd. Po prostu postęp i wygoda.

Po pozytywnych doświadczeniach i testach drugi serwer, obsługujący wydzieloną ze szkolnej sieci pracownię i również zamulony przez SBS 2003, również został zmieniony. Tym razem wybór padł na Debiana Wheezy. Proces instalacji i konfiguracja w zasadzie identyczna, jak w Ubuntu Server. Ostatecznie również działa niezawodnie.

Wady? Nie, zalety!

Oczywiście przejście na linuksa pociąga za sobą utrudnienie w korzystaniu z programów napisanych z myślą o Windows. To prawda i na razie, przynajmniej w przypadku komputerów wykorzystywanych w administracji, migracja jest niemożliwa przez bezmyślność osób, które uzależniły szkoły od monopolistów. Cóż, Polska bogatym krajem jest, choć już niedługo...

Jeżeli natomiast chodzi o komputery wykorzystywane w dydaktyce, dzięki zmianie modelu dostarczania oprogramowania, prawie wszystkie nowoczesne oferty dostępne są on-line przez przeglądarkę i ewentualnie wtyczki typu java czy flash. A to pod linuksem działa bardzo dobrze. Oczywiście trzeba mieć nadzieję, że i zamknięte wtyczki zostaną zastąpione przez otwarte technologie HTML 5. Co do pozostałych zadań, programy typu Libre Office, Gimp, Bluefish, Geany są klasą same dla siebie i ciągle się rozwijają. Co więcej ich darmowe wersje, jak i całe środowisko, czyli wybrana dystrybucja linuksa, dostępne są dla każdego, niezależnie od dochodu, i każdy uczeń/nauczyciel może je sobie zainstalować samodzielnie czy z pomocą. (A propos, proszę nie krzywić się na sformułowanie "z pomocą", a raczej zapytać, ile osób jest w stanie samodzielnie(!) zainstalować/skonfigurować Windowsa? Sądząc z ilości laptopów, które przygotowywałem do pracy - są to ilości śladowe.) Dzięki temu, wszyscy uczniowie pracują w tych samych programach, które dla opornych (czytaj: uwstecznionych przez nowoczesne technologie dla małp) dostępne są również pod Windows.

Na koniec dwie uwagi. Windows czy Mac OS nie są "złymi" systemami, są po prostu produktem handlowym, który przede wszystkim nastawiony jest na zysk. To wyjaśnia wszystko. Dystrybucje oparte na Linuksie natomiast nie są systemami "dobrymi" z założenia, ale dzięki swoim podstawom ideologicznym oraz modelowi rozwoju opartym na otwartości i przejrzystości. Poza tym dobrze skonfigurowany Linux jest systemem szybkim, stabilnym i w zasadzie niezniszczalnym. Aktualizowanie czy dodawanie nowego oprogramowania nie zamula systemu, odinstalowywanie nie pozostawia śmieci itd. itd.

Na koniec przypadek z życia. Pewnego razu po wejściu z kolegą do pracowni usłyszeliśmy huk, a chwilę później poczuliśmy spaleniznę. W tak efektowny sposób żywot swój zakończył 6-letni zasilacz jednostki, która, niestety, mimo rozlicznych prób reanimacji, a także próby wymiany uszkodzonego organu, do życia nie wróciła. Rozwiązaniem stała się wymiana maszyny na nieco starszą, do której podpiąłem dysk z uszkodzonego komputera. Po włączeniu jednostki Linux wstał bez oporów, nawet jednego błędu komunikatu w logach. I to mimo innego chipsetu płyty głównej i innej grafiki. Cóż, to było miłe...

Czytaj dalej

Warto przeczytać